|
|
Jutro kolejna sesja terapeutyczna.. >> niedziela, 19 lutego 2012 22:37:43
Jutro kolejna sesja terapeutyczna... Czy odważę się cokolwiek powiedzieć... Obawiam się, że nie. Musiałabym się nieźle upić by mówić. Z jednej stronę chcę zacząć o tym rozmawiać, bo wiem, że bez tego nie ruszę, dalej. Przez to czuję się też przyciśnięta do ściany, wiem, że bez rozwiązania tego nie będę żyła szczęśliwie. I z trzeciej strony... Nie chcę o tym mówić, wolę zrezygnować z terapii niż o tym mówić... Straszne. Zobaczymy, co będzie jutro. Zabawne jest to, że swojej terapeutce ufam, lubię ją, ale mimo to nie jest mi łatwo i prosto... Czego się tak na prawdę boję? Chyba przypomnienia sobie, poczucia tego... Powiem i po 50 minutach zostanę sama z tym na cały tydzień... I radź sobie sama. Łatwiej nie pamiętać, jednak tym nic nie zmienię. Muszę się przełamać, bo nie mogę tak dłużej.
komentarze [2]
Nienawidzę dotyku... >> czwartek, 16 lutego 2012 01:46:29
No i nadszedł ten moment, w którym muszę poruszyć najtrudniejszy dla mnie temat. Muszę i chcę, ponieważ wiem, że bez tego nie zrobię postępu. Tak długo jestem w terapii, że chyba nadszedł już ten moment. Tylko jak się do tego zabrać, od której strony... Dobra tutaj pisząc i tak mnie to nic nie kosztuje, więc spróbuje napisać po kolei swoje myśli, zapewne będą one nie zrozumiałe... Nienawidzę, gdy mnie ktoś dotyka, nienawidzę się kochać... Chcę byś kochana, ale nie chcę by ktoś się do mnie zbliżał. Paradoks. Po prostu nienawidzę się w każdym calu. Czemu? Zamiast przyjemności czuje obrzydzenie do siebie, czuje się krzywdzona... Czasami udaję, że nic nie czuje, co najgorsze zaczynam myśleć o mojej nieżyjącej przyjaciółce prosząc ją o siłę... Myśląc, że zasłużyłam sobie na to... Chodź nie dzieje mie się krzywda, sama się na to zgadzam przecież... Nienawidzę każdego, dla kogo jestem atrakcyjna, kto pragnie mnie, kto chce mnie dotknąć... Teoretycznie powinnam się cieszyć, powinno mi się to podobać, ale jest odwrotnie... Chyba za często byłam przedmiotem pożądania... I nie umiałam zareagować, nie umiałam nic zrobić, a nikt mojego słabego nie, nie słuchał... Nie chcę nikogo obwiniać, bo to ja się nie umiałam obronić, bardziej sprzeciwić, za każdym razem czułam się sparaliżowana... Nie umiałam wykonać, żadnego ruchu... Sama siebie do tego doprowadziłam - głupia jestem. Czy było coś jeszcze wcześniej?.. Obawiam się, że musiało... Boję się, co... Czym dłużej o tym myślę, tym dłuższą drogę spostrzegam, ale tak bardzo się jej wstydzę… Nawet tutaj-anonimowo nie umiem jej opisać, a co dopiero przed terapeutką... Czy to oznacza, że jestem skreślona, czy nie mam szans na szczęście, na życie? Ciężko... Spróbuję następnym razem...
komentarze [1]
Emocjonalnie zwiazane na zawsze >> niedziela, 19 czerwca 2011 21:31:11
Jest nas wiele… Wiele osób, na których zostawiła ślad, zabijając się. I chodź dużo czasu już minęło, każdą z nas dalej to niszczy. Mimo, że nasze drogi się rozeszły, że nie rozmawiamy ze sobą, nie wiemy gdzie się znajdujemy, czym zajmujemy, to wszystkie jesteśmy połączone ze sobą. Wiem, że myślimy o sobie. Na zawsze złączył nas ból i wspólna tragedia.
Dawniej nie rozstawałyśmy się na dłużą chwilę, byłyśmy nierozłączne…
Próbujemy znaleźć swoje drogi, ścieżki, które dadzą nam zapomnienie, ukojenie…, ale tylko błądzimy. Każda, znajduje to inną ucieczkę. Przykre to jest, gdy dowiaduje się, że któraś nie radzi sobie, gubi się, wyniszcza się. To bardzo boli. Jednak nie ma się odwagi zadziałaś… zresztą moja ingerencja nie pomogłaby tylko pogorszyła. Nasza relacja, byłaby destrukcyjna. Nasze spotkanie przypominałoby to, co najtrudniejsze dla nas, to, z czym nie umiemy sobie poradzić, wiązałaby się smutkiem. Myślę, że żadna z nas nie chciałaby powrotu do wspólnych spotkań. To było… skończyło się śmiercią jednej z nas. Czy kiedykolwiek sobie z tym poradzimy… czy poczujemy smutek, czy będziemy mogły spojrzeć sobie wzajemnie w oczy… czy zaczniemy żyć pełnią życia, a nie walczyć by przeżyć kolejny dzień? To wszystko jest takie smutne. Czuje się przepełniona rozpaczą, tęsknotą i co chyba najgorsze pustką i niepokojem… Nie umiem wypełnić niczym tej strasznej dziury. Chciałam stracić pamięć i żyć bez tej świadomości, ale nie umiem. Nie udaje mi się pomyśleć – to było, a życie toczy się dalej i trzeba żyć… nie umiem. Pewna osoba zapytałaby się, nie umiem, czy nie chce? Nie wiem, może i nie chce, bo to oznaczałoby pożegnanie się, zaakceptowanie, zostawienie jej, a nie bardzo tego nie chce… potrzebuje jej, nie mogę jej zostawić.
Nie mogę się znaleźć.
komentarze [0]
Szpital psychiatryczny >> czwartek, 16 czerwca 2011 12:12:49
Dlaczego ludzie twierdzą, że szpital psychiatryczny to takie straszne miejsce? Dlaczego ten szpital jest miejscem pośmiewiska w codziennym życiu? Może nie zadawałabym tych pytań, gdybym nie wiedziała jak tam jest. Czasami wydaje mi się, że brak mi poczucia humory, gdy ludzie śmieją się z chorych psychicznie ludzi, czy szpitali tego typu. Jednak tak nie jest. Nie śmieszy mnie to, bo to nie jest śmieszne, nawet w najmniejszym stopniu. Może dla kogoś, kto tam nigdy nie była, kto widział tylko filmy, w którym robią komedie z takich ludzi to jest śmieszne. Rzeczywistość jest taka, że często nazywany ”DOM WARIATÓW” jest jednym wielkim domem ludzi cierpiących, przepełnionych bólem, smutkiem… ludzi samotnych, niemających nikogo, często opuszczonych, nierozumianych, odrzucanych przez społeczeństwo. Ludzi, którzy umarli, chodź żyją. Często są to ludzie, którzy nie są świadomi tego, co robią, ludzie, którymi rządzi choroba. Może i nie mam poczucia humoru, ale widzieć tych ludzi, nie chce mi się śmiać tylko płakać, chodź robią głupie rzeczy. Ciągle słyszę krzyki tych kobiet, widzę ich walkę, bezradność, zagubienie, obłęd. Jak mogę się z tego śmiać, gdy widzę jak one cierpią. Pamiętam prawie każdą osobę. Sama leżałam w łóżku szpitalnym i obserwowałam każdą osobę uciekając od siebie. Pamiętam pobudki w nocy przez osoby niemogące spać, pamiętam pobudki przez osoby przywiezione w środku w nocy w kaftanie, bądź zapinane w pasy. Wszyscy w sali obserwacyjnej dostawaliśmy w tedy coś na noc by zasnąć, by pielęgniarki miały święty spokój i by reszta osób nie była zaniepokojona, bo powstałby nagle chaos. Byłam przez ponad pół roku z małymi przerwami na oddziale psychiatrii dziecięcej, potem ponad trzy miesiące na psychiatrii ogólnej dla dorosłych i pół roku na oddziale otwartym nerwic i zaburzeń osobowości. I mam wiele osób w głowie z tych pobytów. Ciągle myślę o tych ludziach, zastanawiam się czy żyją, co się nimi dzieje. Najgorsze, że wiele z tych osób spędzi większość swojego życia w szpitalu, i nie będą tego świadomi. Znam jedną kobietę, która będąc ponad pół roku na oddziale z powodu ciężkiej schizofrenii, zmarła n zawał. Nie zapomnę wychodzących od niej z pokoju lekarzy całych spoconych po reanimacji, potem wynoszonych jej zwłok w czarnym worku. Nagle cały oddział zamilkł. Dosłownie cały oddział. Nie było żadnych jazd, krzyków… jak nigdy była cisza. Nawet ani jedna osoba nie poruszał tego tematu. Wszyscy zamilkli… Z jednak strony był olbrzymi smutek, bo odszedł ktoś z nas, kogo znaliśmy… fakt, że była dla nas i pielęgniarek olbrzymim ciążeniem… sikała pod siebie, ciągle krzyczała, coś komuś robiła, nie myła się sama, była jak roczne dziecko i nic nie rozumiała…. Mimo wszystko, że nikt jej nie lubił… każdy zamilkł… może to straszne, ale wiedząc, widząc jej stan myślę, że tak jest dla niej lepiej, że nie męczy się już, a cierpiała bardzo… Za każdym razem, gdy ludzie, moi terapeuci pytają się o pobyt w szpitalu, milknę… Nie uważam to za straszne miejsce… uważam, je za miejsce pełne bólu… najstraszniejszych historii i samotności…, bo mimo tego, że jest tam tyle ludzi to każdy jest sam… Każdy z tych osób, spotkało coś strasznego w życiu…. Będąc tam nie da się nie widzieć tego bólu… krzywdy…. Tam dobrze widać szarość, a raczej czarną stronę życia, mimo, że świeci słońce… Szpital psychiatryczny wiele mnie nauczył… Obecnie staram się dostać na psychologię, nie ze względu swoich problemów, czy pobytów w szpitalu, mam inny powód, ale myślę, że moje pobyty mi pomogą w rozwoju, ponieważ znam sprawę z widoku pacjenta, a nie tylko personelu szpitala, którzy niewiele widzą, bo każdy jest świadom, że oni stoją z drugiej strony. Każdego dnia noszę smutek swój i tych ludzi… nie jest łatwo…
komentarze [2]
Kocham i nienawidzę >> niedziela, 29 maja 2011 13:30:17
On.
Czasami, gdy się nie odzywa tęsknie za nim, brakuje mi go, a nawet boję się, że już znudziłam się jemu , że znudziło się jemu czekanie na mnie. Jednak częściej go nie znoszę. Nienawidzę go, że jest, że nie mogę się zamknąć na cały dzień w pokoju i udać, że mnie nie ma, bo on jest i nie rozumie. Mówi, że zna to, że rozumie, ale wcale tak nie jest, bo gdy co, do czego przychodzi to gniewa się na mnie.
Najgorsze jest to, że ja nie wiem, czy kiedykolwiek będę umiała być z nim, czy kiedyś się przywiążę, czy będzie mi zależało.
Kłamię.
Przywiązałam się i zależy mi, ale tylko i wyłącznie na odległość. Nie umiem mu tego okazać, i nie umiem tego czuć, gdy go widzę. Z każdą chwilą, gdy bardziej mi na nim zależy, równocześnie rośnie we mnie nienawiść.
Po raz pierwszy mam poczucie, że to jest ten mężczyzna, że mogłabym spędzić z nim resztę życia, a z drugiej strony coraz częściej myślę o tym, by się rozstać, że wolałabym być sama. Za dużo mnie kosztuje bycie z kimś. Samotność łatwiej mi unieść, znieść. Zresztą, czy jestem z kimś, czy bez kogokolwiek i tak jestem sama. Są rzeczy, w których zawsze będę sama i niestety wiem o tym.
Trudno mi.
komentarze [1]
Kim jestem? >> piątek, 27 maja 2011 12:49:36
Kim, ja jestem? Co ja myślę, co ja czuje? Czemu mi tak trudno do tego dojść? Czego się boję, co mnie blokuje?
Wiem tylko, że się ciągle boję. Terapeutka twierdzi, że dużo wiem, dużo rozumiem, tylko na sesjach udaję głupią. Może ma racje. Z tym, że nie robię tego celowo. To nie ją próbuje oszukać tylko siebie. Ciągle się bronię, wmawiam sobie, że nie chce wiedzieć. Obawiam się, że mogłabym się rozłożyć, a nie mam na to czasu. Nie mogę sobie na to pozwolić. Boję się też tego, że będę sama, a będę. Terapeutka jest tylko podczas sesji, którą mam obecnie raz w tygodniu, a później jestem sama i musze sobie dać rade, a z tym bywa różnie. Na ogół uciekam w tedy od siebie. Gnam do przodu i nie staję, by nie myśleć. Nie lubię tego.
Jak pokonać soją blokadę, co jeszcze ją buduje? Strach, wstyd, obawa przed błędnym zrozumieniem mnie, obawa przed zminimalizowaniem znaczącej dla mnie sprawy.... Nie wiem, co jeszcze. Ciężko mi. Stoję w miejscu, chociaż terapeutka i przyjaciółka mówią, że robie znaczne postępy. Może i mają racje - sama nie wiem.
komentarze [1]
bezsilna-boję się >> środa, 1 września 2010 00:22:47
Boję się, bardzo boję. Czemu? Bo nie mam już 15 lat, a ze mną jest ciągle źle. Nie jest to młodzieńcza fascynacja "mrokiem" , ani młodzieńcze doły. To jest coś więcej, dużo więcej. Boję się, bo do samej depresji doszło jeszcze przerażenie, że czas mija, a ja nie umiem z niego korzystać. Czuje jak wszystkie dni mi przepływają między palcami, a ja nie umiem z nich skorzystać, nie umiem żyć, nie umiem być. Boję się, że tak mi minie całe życie, a nie chce tak. Ale nie umiem sobie pomóc, nie umie mi nikt pomóc. Ktoś w komentarzu ostatniego postu zaproponowałbym z nim porozmawiała - nie umiem, nie wiem, co powiedzieć... Już nie umiem... Tego jest tak wiele, tak dużo, że moje opowieści są niezrozumiałe, a od początku nie umiem już zacząć. Wszystko stało się jedną całością, wszystko jest w jednym chaosie, jedną mieszaniną, ludzie mnie już nie rozumieją, sama siebie nie rozumiem... To bezsensu. Nie chce tak, ale inaczej nie umiem. Każdego dnia mam ochotę krzyczeć RATUNKU, POMOCY, a tylko krzywo się uśmiecham, bądź zamykam w pokoju, staram się wypełniać obowiązku, a po za tym nie ma mnie... Nie chce tak dłużej, nie mogę tak dłużej... nie mam siły po prostu... nie wiem, co robić, boję się...
komentarze [3]
Czy wierzycie w terapeutów??? >> niedziela, 8 sierpnia 2010 22:51:55
Czy wierzycie w terapeutów? A może pytanie prawidłowo powinno brzmieć czy wierzycie w prywatnych terapeutów? Czy wierzycie-myślicie, że są oni prawdziwi, że naprawdę chcą pomóc, a nie myślą tylko o tym ile dostaną za naszą wizytę? Mimo tego, że od lat chodzę na terapie nie zastanawiałam się nad tą kwestią wcześniej, bo chodziłam na NFZ dopiero od ponad roku chodzę na sesje prywatne. W sumie ktoś mi to podsuną, gdy mówiłam, że terapeutka nie była zadowolona, z mojej 2 miesięcznej przerwy z dwoma wizytami, z powodu mojego wyjazdu. Danej osoby odpowiedź była prosta -oczywiście, że się wścieka, w końcu nie dostanie od Ciebie pieniędzy. W dniu codziennym nie umiem zaufać ludziom, terapeutom, a to zaklinowało mnie już całkiem, spowodowało moją blokadę. Nie wiem, co mam myśleć, nie wiem jak jest, chciałabym wierzyć, że jest inaczej, że nie tylko to się dla niej liczy, jednak gdzieś się obawiam, że może być inaczej, że ja się nie liczę, że nie mam znaczenia... Przyzwyczaiłam się już do niej, polubiłam ją, może nawet zaczęłam się już trochę otwierać, więcej mówić... a teraz nie wiem, czy chce do niej iść, a do drugiej wizyty jeszcze dwa tygodnie… Boję się tego, że znowu ja się nie liczę, że mnie nie ma… czy kiedykolwiek byłam? Wątpię czy jestem… źle mi, jestem jakaś zawieszona, mam ciągłe poczucie, że coś trace, że czegoś nie ma, że coś mi przelatuje obok nosa. Obserwując toczące się w koło mnie życie ogarnia mnie rozpacz, że ja nie umiem, że nie potrafię. A teraz jeszcze dochodzi poczucie opuszczenia, mam wrażenie, że i swoją terapeutkę straciłam o ile kiedykolwiek ją miałam, bo wątpię, raczej od początku byłam dla niej nikim… nic już nie wiem… a w szczególności, co tu robie.
komentarze [2]
Nie czuje nic >> niedziela, 8 sierpnia 2010 17:25:41
Dawno mnie tutaj nie było. Może dlatego, że nie umiałam wyjść z łóżka, a może dlatego, że próbując sprostać codzienności musiałam całkiem się odciąć od siebie, od swoich uczuć, po prostu nie istniałam i nie czułam, a przynajmniej starałam się by tak było.
Czemu teraz pisze? Sama nie wiem. Chyba chciałabym z kimś pogadać, jednak nawet nie wiem o czym. Nie umiem po prostu rozmawiać o swoich uczuciach, o sobie. Zresztą jakbym miała rozmawiać jak ja nawet nie umiem myśleć, złapać tego co czuje.
komentarze [1]
borderline-dość! >> niedziela, 9 sierpnia 2009 00:10:03
BORDERLINE-nienawidze tego słowa, choć nigdy mi ono nie przeszkadzało, nie widziałam go... nie czułam... było mi obojętne..... Nie chce być taka! ale nie mam sił.... tak długo się staram.... na co to wszystko.... boję się... co będzie dalej.... spogldając w lustro widzę coraz bladszą osobę, z każdym dniem jej oczy są bardziej podgrążone.... uśmiech, który nigdy nie schodził jej wcześniej z twarzy nawet przy największym cierpieniu, dziś nie pojawia się na niej.... jej nie ma.... ona już dawno nie żyje.... nstara się przetrwać, trzymając na ostatniej lince.... jednak czy warto? który raz się już ta sytuacja powtarza, który!! ile tak można.... takie "życie", bycie to gorsze jak śmierć.... ciągle wstawanie, szpitale, poniżanie się, nadrabianie zaległości, próby odnalezienie, euforia... spadek...i znowu.... nie chce już tak....
komentarze [2]
nie umieć czuć... >> środa, 5 sierpnia 2009 20:08:03
To się nie zmieni, zawsze będzie za mało... choćbym nie wiadomo jak się starała... no cóż liczą się tylko efekty... nie wiem co będzie, nikt nie wie...wiemy co było, ale także i nie wiemy co było, co nam tak zatruło życie....nie znamy tych brudów, jako dzieci wycięliśmy je. A gdy czas to znaleźć, przywołać by zrozumieć siebie, by pokonać to i zacząć żyć, to każda sekunda olbrzymiej męki....i jedna wielka niewiadoma przerażonego dziecka które na wieki będzie pozostawione same sobie, bo nikt nie potrafi pomóc, uważając, że ono nie jest pewne czy chce tej pomocy, ciągle "za mało mówi", nie chce mówić.
Milczy. Pusty wzrok zatrzymany na zielonej ścianie, jednak odbija się w ciemność. Strach, napięcie poszerzają swoją powierzchnię ogarniając całe ciało. Powoli wypuszcza powietrze czując poddanie i rezygnacje, w zrozumienie, w pomoc. To tyle lat trwa, tyle ludzi, szpitali... Chce mówić, lecz nie umiem, tak bardzo tego potrzebuje, ale gdy jestem tam... po prostu znikam... Tak bardzo chce...ale jestem tylko cieniem, okładką bez wypełnienia... nie ma mnie...i chyba nigdy nie było....całe 20 lat przeleciało tak samo ...nic się nie zmienia tak naprawdę prócz kartek w kalendarzu, obowiązków, lat.... Może i chciałabym by domyślili się, ale to tylko i wyłącznie dla tego, że nie umiem mówić...bo jak mówić gdy nic się nie czuje, gdy nie ma do tego jakiegokolwiek dostępu.... A miałam tyle zapału... szkoda...tak bardzo chciałam...tak bardzo pragnęłam by było słońce, by było dobrze...ale moje chęci najmniej się liczą-po tylu latach niestety musze sama przed sobą w to uwierzyć...ta historia miała się potoczyć całkiem inaczej, a wyszło jak wyszło...szkoda. Przykro, bardzo przykro....
komentarze [0]
czy to jest życie? raczej wegetacja >> sobota, 23 maja 2009 18:43:35
co to jest życie? jak ono wygląda, jak ono powinno wyglądać? moja siostra na mieście ze znajomymi a ja cały dzień sama, przy muzycze przy piwie...nieby fajnie niby dobrze, mam spokój, mam cisze, jednak wiem, że tak nie powinno być, że wcale nie jest tak happy...że ten wolny czas powinnam inaczej spędić...nie chce tak...boję się bo nie wiem ile tak pociągne...a nie zapowiada się to najlepiej...to nie życie...to nie tak powinno być...ale jak powinno być? nie wiem....jestem żałosna....aż samej mi siebie żal gdy spoglądam w lustro....jak można tak żyć, pomijając fakt, że nie da się tego nazwać życiem.... i co tak już będzie zawsze....tak będę funkcjonować?? porażka....niecierpie się i tego co robie, sobie i innym...tego, że ciągle kłamie, że na zewnątrz udaje kogoś innego, i jeszcze bardziej, że jestem tak doskonałą aktorką, że wszyscy mi wierzą....kim ja jestem? Co za potworem.......
komentarze [3]
czy ja żyje? czy ja jetem? czy isteniej? >> piątek, 22 maja 2009 22:14:19
kolejny tydzień na zamuleniu przeleciał...kolejny dzień z piwem w ręce na odprężenie na ucieczkę od rzeczywistości...ta samotność mnie tak bardzo niszczy....nie przepuszczałam, że kiedykolwiek takmto odczuje, że kiedykolwiek będzie mnie to ruszać przecież jestem jedym wilekim samotnikiem, który uwielbia być sam, któremu tak najlepiej....czego ja chce, do czego dążę....sama nie wiem, nie wiem nic....żyje bo żyje, żyje po każą, robie bo każą...bezsensu...nic nie rozumiem...nie wiem co jest rzeczywistością, nie wiem co jest moim wymysłem wyobraźni...nie wiem kto jest kim...nie wiem komu mogę ufać...nie czy mogę sobie ufać...nie wiem czy ja jestem czy mnie nie ma....nie wiem...nie wiem nawet co myśle, nie wiem co czuje, nie wiem jakie mam zdanie, nie wiem czy mam jakiekolwieik zdanie!!!! To mnie tak bardzo męczy...to mnie wprowadza w całkowity bezsens, w nicość, w uczucie nieistnienia, beznadziejności...pustki....co ja chce? do czego dąże? czy ja jestem? czy ja żyje? czasami naprawdę tego nie wiem.... NIC NIE WIEM!!!!!!!!!!! mam ochotę znowu krzyknąć pomocy!!! jednak czy jej napewno chce-nie wiem....przecież mam terapeutkę i za każdym razem gdy siadam naprzeciw niej nic nie umiem powiedzieć...nic nie wiem...tylko milcze i uśmiecham się neerowo robiąc z siebie kretynke....a po wyjściu chce mi się płakać z bezsilności, z tego, że jest mi źle i nic nie umiem powiedzieć...a tak bardzo chce....to tak mnie męczy...denerwuje....zaczynam wątpić czy to się kiedyś zmieni...czy cokolwiek się coś kiedyś zmieni...muszę się odczulić i iść do przodu...ale co to za życie...to wegetacja, a tak nie chce.... Pantera mówi, że w dużej mieże to moja wina, bo nie walcze o siebie, bo nic nie robie w tym kierunku y coś zmienić...tak ma racje...ale to nie tak że nic nie robie...wim, że tego nie widać, bo nie widać efektów...ale staram się mimo wątpliwości staram się bo nie chce się zabić, chce się cieszyć....i czasami udaje mi się ale gdy wszystko przełykam... a to,zawszewraca....raz się cieszę, jestem szczęśliwa i zaraz płacze....nie zabije się bo jest Pantera...i cieszę się że ją mam, martwie się o nią i chcę się o nią troszczyć....po raz pierwszy jest osoba która naprawde mnie trzyma, dla której już dwa razy zrezygnowałam z zabijania się mimo, że już naprawde nie dawałam rady, że sama miałam ochotę się przywiązać, że bałam się że wybuchne i zrobię coś impulsywnie...a ja naprawdę się cieszę, że ją poznałam i nie chce jej stracić, chce ją mieć i spędzać z nią chwile, uczyć się od niej życia....to jedyne co wiem....jednak moja głowa często coś wymyśla...mój brak pewności siebie tworzy, że nie jestem dla niej ważna, że narzucam sie jej...że nie chce już być moją starszą siostrą, której niesamowicie potrzebuje....
komentarze [1]
czy można oduczyć się odczówania?? >> poniedziałek, 18 maja 2009 22:25:41
czy można oduczyć się odczówania czegokolwiek?? zawsze twierdziłam, że tak ale patrząc logicznie to uwarzałam że jest to zawsze tylko moja ucieczka, albo, że zaczełam kamienieć. Dzisiaj jednak usłyszałam, że oduczyłam się czuć, że nie przeżywam pewnych rzeczy tak jak powinnam, że dlatego nie potrafie nazwać uczuć,że inaczej je przeżywam, bo nauczyłam sie je hamować, blokować. Chyba ma w tym racje. Gdy codziennie jest to samo, gdy ciągle przeżywasz to samo...przyzwyczajasz się to tego....jednak to teoria....nie da się przyzwyczaić...to wszystko jest tłumione gdzieś w środku... ale jak się teraz nauczyć spowrotem dopuszzczania tego do siebie, przeżywania, nazywania, określania poszczególnych uczuć....smutne to jak sobie radzimy w trydnych dla nas chwilach.....ale cóż mamy zrobić innego, jeśli przeważnie musimy liczyć wyłącznie na siebie....
komentarze [0]
komu zaufać?? >> wtorek, 7 kwietnia 2009 13:59:37
tyle się dzieje...nawet nie wiem co...trochę nie nadążam...znowu się plącze...czuję się taka samotna....wczoraj sporo myślałam o moich różnych relacjach....wszystkie były dziwne...czemu za każdym razem wybieram te same schematy....przecież nie chce cierpieć....ale ciągle robię to samo, ciągle wschodzę tak samo chore układy....dziwna jestem...czas to zmienić....bardzo mi jednak w tym przeszkadza brak wiary w ludzi....mam za dużą bariere pod tym względem...komu można zaufać a komu nie? Niby to takie proste a takie trudne....czasami wolę pozostać przy swojej myśli, że wszyscy są tacy sami, że lepiej się trzymać z boku....ale to jest błędne. Po pierwsze jest bardzo krzywdzące dla innych, ale też dla mnie, bo wiele tą izolacją trace...tylko tak bardzo ciężko jest się przywiąza ć gdy kilka razy pod rząd przechodzi się tak wielki zawód...ludzie tracą wtedy wiele w moim obrazie...jakakolwiek relacja staje się fałszywa...
komentarze [2]
|
|
Dodaj do ulubionych
Ksiega
Archiwum
2007 maj (12) czerwiec (18) wrzesień (1) październik (14) listopad (14) grudzień (4)
2008 styczeń (7) luty (9) marzec (5) kwiecień (8) czerwiec (6) lipiec (3) wrzesień (2) październik (4) listopad (6) grudzień (1)
2009 styczeń (2) marzec (1) kwiecień (1) maj (3) sierpien (2)
2010 sierpien (2) wrzesień (1)
2011 maj (2) czerwiec (2)
2012 luty (2)
ulubieni
           
Blog.pl
design by
gingery
image by
Sue Anna Joe
|
|